środa, 21 grudnia 2016

einundzwanzig

Pomijając moje przeczucie, to wszystko było dobrze. Świetnie się bawiliśmy, a Ivan był tuż obok praktycznie cały czas. Świadomość tego, że w końcu wiemy o swoich uczuciach dodawała mi pewności. Czułam się zdecydowanie lepiej, kiedy w końcu się o tym dowiedział.
Natascha porwała mi Ivana, a mnie z kolei... Mój brat. Prawie północ, a my dopiero pierwszy raz razem tańczymy! I to nieważne, że dopiero teraz miał chwilę wolności. Często znikał, w sumie nie wiem gdzie. No ale nie chciałam wyjść na ciekawską, był dorosły i odpowiedzialny. Przynajmniej tak mi się wydawało.
- Misia, mam sprawę - zaczął całkiem niewinnie, ale ja i tak zaczęłam się bać. Krążyliśmy po sali w rytm muzyki tak samo jak kilka innych par. Muzycy wygrywali swoje aranżacje znanych piosenek. Niektóre brzmiały żałośnie, no ale cóż, nie da się wszystkim dogodzić. Mniejsza, wróćmy na ziemię.
- Coś poważnego? - spojrzał na mnie wymownie, wznosząc wzrok w stronę sufitu.
- Zajmiesz się domem, jak nas nie będzie? Lexem też - Lex to ich pies, cudowny wielkolud rasy Labbi.
Wywróciłam oczami. Jezu, co za człowiek! Już myślałam, że ma w planach rzucić coś w stylu, żebym wyjechała jak najdalej od Ivana, a tu proszę... Mile mnie zaskoczył.
- Naprawdę? To Twoje wesele, a Ty się o takie rzeczy pytasz? - wybuchliśmy śmiechem.
- To bardzo poważne sprawy przecież! I byle kogo o to nie pytam i nie oddaję byle komuś domu pod opiekę!
- Oh, czyli tak jakby stawiasz mnie przed faktem dokonanym?
- Dokładnie tak - uderzyłam głową o jego ramię, a ten mnie poklepał po plecach. - Dziękuję za aprobatę. Przynajmniej wiem, że dom będzie w bezpiecznych rękach.
- Jak wrócicie, to dom może już nie być w jednym kawałku... - chociaż dobrze wiedział, że tak nie będzie. Nawet jeśli w środku miałabym zrobić dziką imprezę na kilkadziesiąt osób.
Oh, czyli zapowiadają się miłe dwa tygodnie w Monachium... W sumie... Na pewno takie będą.

Wraz z wybiciem godziny dwunastej nadeszła chwila na upragnione przez sporą część pijanego towarzystwa oczepiny.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Najpierw ta oficjalna część – podziękowania dla rodziców, chrzestnych, dziadków oraz kelnerów i kucharzy. Masa kwiatów, śpiewu i łez wzruszenia.
A potem... Zaczęła się katastrofa.
Najpierw swojego atrybutu pozbywała się Panna Młoda. Większość panien stanu wolnego ustawiła się dookoła Nataschy. Zostało kilka kobiet i ja. Siedziałam przy stole próbując się ukryć jak najbardziej się dało. Miejsce obok mnie było zajęte... Nie muszę chyba mówić, chociażby w myślach, przez kogo.
Też próbował mnie przekonać, żebym poszła, ale skutecznie go powstrzymałam przed tą kretyńską decyzją.
- Zapraszamy WSZYSTKIE panny stanu wolnego. Pannę Badstuber tak samo - rzucił wodzirej, a dłoń Kneževića schwyciła moją i chciała zmusić do wstania. Opierałam się, ale to dla niego nie miało większego znaczenia, bowiem i tak zmusił mnie do wstania. Praktycznie sam mnie podniósł. Nieważne, że robiłam sobie siarę życia. Sam wodzirej ją zaczął.
- Teraz nie masz wyboru, dostałaś specjalne zaproszenie - zaśmiał się, klepiąc mnie w tyłek. Pisnęłam, dochodząc do kwadratowego kółka.
- Dziękujemy za zaszczycenie nas swoją obecnością - dodał mój kochany braciszek, wysyłając mi buziaka w powietrzu. W myślach strzeliłam facepalma. Zdecydowanie z nim jest już źle.
Rozległa się muzyka, a my złapałyśmy się za ręce i chodziłyśmy dookoła pani Badstuber. Kiedy zapadła cisza, jedyne, o czym marzyłam było to, żeby welon nie znalazł się w moich dłoniach... Ba, nawet ich nie podniosłam! Ale kiedy oberwałam nim w twarz... Odruchowo go schwyciłam.
Spojrzałam się błagalnie na bratową, potem na brata... A oni oboje się szczerzyli w moją stronę. Nie!
Wraz z Aną pomogły mi wpiąć welon we włosy.
- No! Do twarzy Ci - Niemka powiedziała mi to wprost do ucha, a ja zaśmiałam się głupkowato. Tia, jasne.
Mężczyzna podziękował wszystkim pannom za udział i poprosił panów. Kiedy mijałam się z Ivanem ten szybko cmoknął mnie w policzek, szepcząc „Pasuje Ci”. Pokręciłam głową. Co niby mógł mieć na myśli?
Holger zdjął z szyi muchę, stając na środku kolejnego nieidealnego kółka. Wodzirej puścił tę samą melodię, a zgromadzeni mężczyźni – też trzymając się za ręce – krążyli dookoła niego. Obserwowałam przez ten czas Ivana. Dla mnie, jako Przyszłej Panny Młodej, najlepiej by było, żeby to on był moim partnerem. Przymknęłam powieki, kiedy tylko melodia przestała grać.
- Ivan, Ivan... - mruczałam pod nosem, prosząc, żeby muchę złapał mój ukochany.
- Zapraszamy Przyszłych Nowożeńców! - te słowa spowodowały, że powoli podniosłam powieki. Pierwszym, co zauważyłam, był stojący trzy metry ode mnie Chorwat. Skoro nie on złapał, to kto? Moje serce zabiło przerażone, a wzrok zawędrował w poszukiwaniach brata. Kiedy tylko zobaczyłam przy kim stoi, to zmiękły mi nogi... I to nie z zachwytu.
Mitchell.
Szczerzący się w moją stronę Mitchell Weiser.
Mój ex szedł w moją stronę, w dodatku wyciągając zapraszająco rękę. Zmienił się od chwili, kiedy widzieliśmy się ostatni raz. Wydoroślał. Zmężniał...tak trochę, ale zmężniał.
- Pozwoli pani - ujął moją dłoń i cmoknął w mankiet. Gdybym powiedziała, że nie było to miłe, to skłamałabym. Chyba ten alkohol dobrze na niego robił.
- Oh, no spójrzcie! Cóż za para! Jak pięknie razem wyglądają! - zaprowadził mnie na środek sali. Z tego punktu miałam świetny widok na dosłownie wszystkich.
Widziałam zadowolenie na twarzy brata.
Widziałam strach na twarzy bratowej i mamy, które mu się przyglądały.
Jednakże najbardziej przerażała mnie mina Ivana. Było to połączenie strachu i wściekłości. Pardon?
- Niech zatańczą!
Weiser objął mnie jedną z rąk w talii, chwiejnie ruszając biodrami, kiedy muzycy znów grali. Delikatnie położyłam wolną rękę na jego ramieniu, także się kołysząc.
- Nie mówiłem Ci, ale wyglądasz świetnie. Zresztą... Ty zawsze tak wyglądasz - powiedział mi na ucho, muskając je wargami. Zwiększył siłę nacisku na mojej talii, przyciągając mnie do siebie jeszcze bardziej.
- Dziękuję? - przesunął wargi w stronę mojego policzka, a mnie... Zamroziło wręcz, przez co momentalnie się zatrzymałam w pół kroku. Rozwarłam szeroko powieki, głośno przełykając ślinę.
Ktoś zawył „gorzko, gorzko!”, co podchwycił sam wodzirej, a Mitch... Nie próżnował, tylko naparł na moje usta, pewnie zaciskając dłonie na moich biodrach.
Mitch angażował się w ten pocałunek, starał się wykrzesać ze mnie chociażby namiastkę odwzajemnienia... Na marne.
Nie chciał kończyć, a ja nie byłam w stanie wrócić do świata żywych i się oderwać... Dopóki nie usłyszałam dźwięku rozbijanego o podłogę szkła.


😍😍😍😍😍

kocham ten rozdział!😍 ale to Was nie dziwi, co nie? :D
cytując z Jesteś gotowa?: z okazji zbliżających się świąt bożego narodzenia życzę Wam spędzenia ich pośród rodziny, żeby Mikołaj suto Was wynagrodził za rok bycia grzeczną!😏 oraz żeby kolejny rok był jeszcze lepszy od tego!😘

1 komentarz:

  1. Urwe mu jaja! Przysięgam! 😠😠😠
    Debil jeden -.- :(
    Cudowne ❤❤

    OdpowiedzUsuń